– A więc… Babcia opowiadała mi jak byłam małą dziewczynką
i potem znalazłam to w starej księdze z historią naszego miasta sprzed kilkuset
lat, ale przejdę już do rzeczy. Parę wieków temu, mówiąc krócej duży szmat czas
temu, gdy nasze miasteczko dopiero zbudowano przy starym, tajemniczym lesie, w
którym mgła nigdy nie ustawała. Stary kleryk ostrzegał burmistrza , aby
zbudować na innym miejscu, lepszym i bezpieczniejszym. Rozpowiadał wszystkim,
że las, który ich otaczał i który mieszkańcy stopniowo wycinali, aby powiększać
mieścinę był bardzo podejrzany. Mówił, że podobno dzieją się tam przeróżne i
przedziwne rzeczy – czuł to, czuł obecność jakiś duchów, demonów, ale burmistrz
tylko go wyśmiał jak i również większość miasteczko, i skazał go na spalenie
żywcem. I tak się stało, a po jego śmierci zaczęły dziać się straszne rzeczy.
Każdej pełni jeden mieszkaniec znikał, a następnego dnia znajdowano ich
brutalnie zamordowanych, nie zawsze kończyło się na jednej ofierze.
Zaniepokojeni mieszkańcy prosili burmistrza o
zwiększenie bezpieczeństwa i tym podobne rzeczy, lecz on uważał, że to
po prostu zwykłe zbiegi okoliczności i znów
kazał wyciąć nowy odcinek lasu na nowe budynki. Bardzo wczesnym rankiem
następnego dnia mała dziewczynka imieniem Amelia wyszła z domu na suche drogi
miasteczka ze swoim małym pieskiem. Idąc na rynek znalazła martwe ciało
burmistrza nadziane na stare, zardzewiałe widły. Krew spływała beztrosko po
ciele. Było ono poszarpane, pogryzione mówiąc prościej brutalnie potraktowane.
Amelia zaczęła uciekać i natrafiła na napis napisany niedbale na drodze krwią
burmistrza, ale niestety dziewczynka nie potrafiła czytać i pobiegła czym
prędzej do domu. Miasteczko było pogrążone w ogromnym strachu. Ludzie zaczęli
je powoli opuszczać, a wtedy ataki zdarzały się coraz częściej. Rodzice małej
dziewczynki porzucili ją i skazali na okrutny los, ukrywała się ona w swoim
domu w piwnicy, której prawie nigdy nie opuszczała. Po kilku miesiącach
miasteczko zupełnie opustoszało i to nie tylko dlatego, że pouciekali, ale
również zostali zamordowani. W końcu
Amelia postanowiła wyjść na ulicę. Twin Peaks, a raczej Tamia Panks była w
totalnej ruinie. Domy poburzone, spalone, a wzdłuż ulic, dróg na małych
drewnianych ostrych słupkach były ponadziewane martwe ciała mieszkańców. Gdy szła
między nimi nagle poczuła lodowaty wiatr. Niebo stawało się coraz ciemniejsze
mimo wczesnej pory. Odwróciła się i zobaczyła przed sobą ogromnego czarnego
stwora, który natychmiast ją zaatakował. – przerwała, aby napić się herbaty i
złapać oddech, a reszta obserwowała ją z uwagą Joe. – Hmm, na czym to ja skończyłam… A już wiem!
Przez wiele, wiele lat wioska była opuszczona, w sumie nie ma się czego dziwić.
W końcu kilka osób uznało, że już jest bezpiecznie, więc wróciło i zasiedliło
się na nowo. Odbudowano miasto pod nową nazwą Twin Peaks, szkieletów i zgnitych
ciał się pozbyto, ataki ustały, wszystko zaczęło tętnić nowym życiem! Ale
napis „Strzeżcie się zemsty!” pozostał,
nie dało go się niczym zamazać, a niekiedy powiadają, że podczas pełni
promieniuje światłem. – skończyła opowiadać Lexy.
Luna wraz z Patrickiem siedzieli wstrząśnięci tą niesamowitą historią i nie umieli wydusić z siebie ani jednego słowa i zapadło milczenie które przerwał Joe.
-Brawo, brawo, dziękujemy za tą jakże cudowną bajkę, a teraz skąd dobiegały te krzyki na ulicy?
Nikt mu nie odpowiedział. Powtarzał te pytanie kilkakrotnie bez najmniejszego efektu. W końcu zrezygnował i usiadł obok Patricka. Zegar cykał coraz głośniej i wskazywał już pierwszą w nocy. Deszcz nadal padał jak z cebra, wiatr prawie łamał drzewa, a oni siedzieli pogrążeni w wielkim szoku. Luna wpatrywała się w park za oknem.
-Ej! Patrzcie tam! Tam w parku coś jest! Coś się rusza pod latarnią, podejrzane… - wykrzyknęła wstając z kanapy i jednocześnie przewracając kubek z herbatą.
Luna wraz z Patrickiem siedzieli wstrząśnięci tą niesamowitą historią i nie umieli wydusić z siebie ani jednego słowa i zapadło milczenie które przerwał Joe.
-Brawo, brawo, dziękujemy za tą jakże cudowną bajkę, a teraz skąd dobiegały te krzyki na ulicy?
Nikt mu nie odpowiedział. Powtarzał te pytanie kilkakrotnie bez najmniejszego efektu. W końcu zrezygnował i usiadł obok Patricka. Zegar cykał coraz głośniej i wskazywał już pierwszą w nocy. Deszcz nadal padał jak z cebra, wiatr prawie łamał drzewa, a oni siedzieli pogrążeni w wielkim szoku. Luna wpatrywała się w park za oknem.
-Ej! Patrzcie tam! Tam w parku coś jest! Coś się rusza pod latarnią, podejrzane… - wykrzyknęła wstając z kanapy i jednocześnie przewracając kubek z herbatą.
Wszyscy jednocześnie jak w jakimś wojsku wstali i
podbiegli do okna. Rzeczywiście coś się tam poruszało. Coś dużego, ale czy to
człowiek? Czy jakieś zwierzę? A może po prostu to jakiś cień? Albo po prostu im
się wydaje? Nagle tajemnicze coś odwróciło głowę i spojrzało w stronę okna.
Wlepiło swoje krwistoczerwone ślepia w nich, aż po chwili uciekło jakby się
spłoszyło, ale oni nie odeszli od okna, nadal stali tam i spoglądali w miejsce,
gdzie przed chwilą czarny tajemniczy stwór czaił się. Znowu rozległ się
przeraźliwy krzyk, który zaraz ucichł… I niespodziewanie w stronę okna leciał
jakiś dziwny przedmiot… Przez panującą
ciemność nocy nie można było go rozpoznać…
~Lupin
~Lupin


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz