Ruszamy z koksem! :D Na początek taki krótki fragment, bo nie wiem czy się spodoba. :)
Mało kto kojarzy małe miasteczko znajdujące się gdzieś na środku Ameryki, granicząc z niebezpiecznymi górami i ogromnymi lasami. Jak zazwyczaj w każdym amerykańskim miasteczku znajduje się główna ulica z kilkoma zaułkami, pojedynczymi, różnymi sklepami, lokalnych barów i knajpek. I oto cała nasza mieścina, gdzie każdy zna każdego na wylot, gdzie każdy kolejny dzień jest do siebie podobny, do pewnej dziwnej nocy…
Mało kto kojarzy małe miasteczko znajdujące się gdzieś na środku Ameryki, granicząc z niebezpiecznymi górami i ogromnymi lasami. Jak zazwyczaj w każdym amerykańskim miasteczku znajduje się główna ulica z kilkoma zaułkami, pojedynczymi, różnymi sklepami, lokalnych barów i knajpek. I oto cała nasza mieścina, gdzie każdy zna każdego na wylot, gdzie każdy kolejny dzień jest do siebie podobny, do pewnej dziwnej nocy…
***
Za oknami rozpętała się straszliwa burza. Czarną powierzchnię nieba rozcinały białe błyskawice wraz z towarzyszącymi im potwornymi grzmotami. Wiał mocny, zimny wiatr pod którym drzewa uginały się w połowie. Ulice miasteczka były zupełnie opustoszałe, żadnej żywej duszy. Drzwi we wszystkich budynkach były pozamykane, w oknach tliła się całkowita ciemność, tylko gdzieniegdzie paliło się światło. Straszna i tajemnicza była to noc dla Twin Peaks. Mimo groźnej, budząca dreszcze burzy i dosyć późnej pory grupka nastolatków beztrosko przechadzała się uliczkami miasta. Rozmawiali, śmiali się jak gdyby nigdy nic… Nagle jedna z dziewczyn zatrzymała się, a reszta razem z nią.
-Ei! Spójrzcie na księżyc! Jest pełnia… Wracajmy lepiej do
domu – rzekła zaniepokojonym głosem dziewczyna.
Miała piękne, długie blond włosy spięte w koński ogon. Była wysoka, zgrabna
można, by rzec, że po prostu ideał, a jej duże, błękitne oczy błyszczały w
świetle ulicznej latarni.
-Lexy, dałabyś sobie spokój z tą durną, starą historyjką
wymyśloną przez stare, babcie, które nie miały co zrobić dalej ze swoim nudnym
życiem. Naprawdę uważasz, że to prawdziwe? Nie rozśmieszaj mnie- odrzekł wysoki
chłopak o jasnych włosach stojący obok niej.
-Nie, nie dam! Nie masz pewności, że to zwykła bajeczka,
aby nastraszyć małe dzieci! A te wszystkie ofiary? To tylko zbiegi
okoliczności? Nie sądzę… - odparła lekko poirytowana Lexy.
Chłopak przemilczał to ledwo powstrzymując się od
śmiechu. Deszcz zaczął padać coraz mocniej, wiatr wiać coraz silniej. Latarnia
przy której stała Lexy wraz ze swoimi przyjaciółmi nagle zgasła i w tym samym
momencie przed nimi przebiegło coś czarnego, dużego, a wręcz ogromnego wzdłuż ulicy
chowając się w krzakach w pobliskim mini parku. Ni stąd, ni zowąd rozległ się
donośny krzyk kobiety. Wołanie o pomoc. Niespodziewanie piorun uderzył w drzewo
znajdujące się blisko lub nawet w parku, które upadło z niewyobrażalnym hukiem
wraz z nim krzyk kobiety ucichł, a latarnia znów zapaliła się. Cała ta dziwna
sytuacja trwała zaledwie parę sekund, ale wystarczyło to, aby wystraszyć grupkę
przyjaciół na tyle, by z krzykiem uciekali do domu najlepszej przyjaciółki Lexy
– Luny, który był najbliżej. Kiedy znaleźli się w środku wszyscy odetchnęli lekko z ulgą i poczuli się bezpieczniej.
Luna
każdemu dała suche, czyste, cieplutkie ubranie pachnące polnymi kwiatami. Kiedy
brązowowłosa dziewczyna poszła do kuchni, aby przygotować jakiś drobny
poczęstunek, chłopak, który wcześniej wyśmiewał się z Lexy przemówił przerażonym,
piskliwym głosem:
-Ej… Ludzie, co się wydarzyło? Co, co, co to było?
-Też chciałbym to wiedzieć Joe. – odparł ze skrzywioną, a
zarazem przerażoną miną i roztrzęsionym głosem chłopak Patrick - chłopak Luny.
I zapadło milczenie. Cykanie zegara wydawało się z każdym
razem coraz głośniejsze, które mieszało się z odgłosem stukających kropel o
szybę. Chłopcy wymieniali między sobą spojrzenia, a Lexy siedziała na beżowym fotelu
z białą poduszką na kolanach przy oknie wpatrując się bez celu w drzewa
znajdujące się w parku. Nagle zauważyła, że krople spływające wolno po szybie
powoli zamieniały się w krew. „Oj nie to musiało mi się przewidzieć” pomyślała
Lexy, bo kiedy mrugnęła krople były
normalne. Przytłumioną ciszę przerwała
Luna, która weszła do pokoju z pełną tacą kanapek i dzbankiem herbaty. Położyła
to na małym, białym stoliczku.
-O no wreszcie można coś zjeść! Mój żołądek chyba umarł. –
powiedział Joe biorąc sobie największą kanapkę i rozkoszując się jej smakiem, a
Patrick wraz ze swoją dziewczyną parsknęli śmiechem.
-Och nie udawaj, że jesteś taki zabawny. – westchnęła Lexy
popijając gorącej herbatki.
-Ah, przestańcie skakać sobie do gardeł. – powiedziała spokojnie
Luna biorąc gryz kanapki z pomidorem i szynką. – A właśnie, Lexy o co chodziło
z tą starą historią, co mówił Joe?
-Bo ona wierzy w jakąś bajeczkę!!! – wtrącił się jasnowłosy
chłopak.
-To nie jest bajeczka! Ile razy mam powtarzać. –
krzyknęła, wstając z fotela Lexy.
-Zamknij się Joe! – powiedziała podniesionym tonem
przyjaciółka niebieskookiej dziewczyny. – Opowiesz mi ją? To znaczy nam.
-Ahh, no dobrze. – tu rzucając wrogie spojrzenie na chłopaka. – A więc…
~Lupin
-Ahh, no dobrze. – tu rzucając wrogie spojrzenie na chłopaka. – A więc…
~Lupin
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz