Przedmiot zbliżał się i zbliżał... To chyba kamień!
Momentalnie Lexy, Luna, Joe i Patrick odsunęli się, wskakując na łóżko jak
najdalej okna. Ale nagle podejrzany przedmiot nie był kamieniem, to tylko
odległość zrobiła psika oczom. W stronę okna leciało ludzkie serce, które
uderzając w szybę rozprysło krwią po całej jej powierzchni. Kawał mięsa odbił
sie od szyby spadając na trawnik przy domku. Roztrzęsieni przyjaciele skulili
się razem ze strachu, nikt z nich nie mógł wyksztusić ani słowa. Luna cała się
trzęsła, Patrick razem z Joe byli biali jak ściany, tylko Lexy zachowała trochę
zimnej krwi mimo, że strach powiększył jej źrenice. Nagle rozległ się potężny
grzmot i przerażające wycie, a w rozpryśniętej krwi na oknie pojawiał się napis
''Wkrótce padniecie wy.", który zniknął po chwili. Luna wtuliła się w
ramiona Patrick, a łzy spływały jej po policzkach.
- Zginieeemyy! My wszyyscyy zgiinieemyy - wyjąkała
ocierając łzy o koszulkę chłopaka. - To wszystko prawda! Leexy ma rację.
Uucieekajmu sstąd!
-Nigdzie nie pójdziemy, wtedy będzie jeszcze gorzej. -
odparła jasnowłosa dziewczyna.
-To co mamy robić? Siedzieć tutaj wiecznie, a ten
"morderca" grasuje po mieście i zabija niewinnych ludzi? - wyksztusił
z siebie Joe, który zabrał sie za wycieranie plam z herbaty na podłodze, a Luna
rzuciła na niego gniewne spojrzenie
-Luna spokojnie... Joe ma rację. Nie wiem jak wy, ale ja
idę do parku. - westchnęła ciężko Lexy.
-Oszalałaś?! -
wykrzyknęli wszyscy, a Patrick dodatkowo przewrócił biały stolik, na którym
stały wcześniej kanapki.
Lexy tak jakby tego nie usłyszała opadła na fotel przy
oknie pstrykając palcami. Nastało milczenie, które przerwał Joe. Oznajmił, że
potowarzyszy Lexy w parku, ale ta informacja resztę niezbyt ucieszyła. Lunie
znów popłynęły słone łzy po policzkach. Nie próbowala nawet ich przekonywać na
zmianę tej bardzo lekkomyślnej decyzji. Krople deszczu nadal stukały w szybę, a
zegar cykał nieustannie. Joe wraz z Patrickiem sprzątali stworzony przez nich
bałagan. Lexy wstała i podeszła do starego dębowego kredensu znajdującego się w
korytarzu przed pokojem Luny. Zamki zatrzeszczały tak, aż ciarki przeszły po
plecach, otworzyła powoli drzwi i wyciągnęła żadnej broni tak jakby mogło się
wydawać, lecz stare, odłamane lusterko, które szybko wsunęła do kieszeni.
- Czego tam szukasz Lexy? – spytała zdziwiona Luna, gdy
jasnowłosa dziewczyna stała bezczynnie przy otwartym kredensie.
Dziewczyna nie odpowiedziała. Stała nieruchomo przez
dłuższy czas, reszta bardzo się zaniepokoiła. Lexy odwróciła się i w tym samym
czasie rozległ się kolejny krzyk i hałas tłuczonego szkła, lecz hałas nie
dobiegał z zewnątrz, ale w sąsiednim pokoju. Luna wraz z chłopcami gwałtownie
odskoczyła w róg pokoju. Szybko zamknęła okno i zatrzasnęła drzwi za Lexy.
- Co to było?! – wykrzyknęli wszyscy nagle.
- Ciii…. – upomniała ich Lexy kładąc palec na swoich
bladoróżowych ustach. – Nie wiemy co się stało, nie wiemy co to wywołało… -
szepnęła.
-Jak mam być cicho?! Tam są moi rodzice! – wrzasnęła
wystraszona Luna ze łzami w oczach. – Coś mogło im się sta-ać!
I rozpłakała się tak donośnie, że Joe rzucił w nią
pluszowym misiem leżącym na regale obok niego. Dziewczyna uspokoiła się na
chwilę.
-Ei! Głupku, jeszcze raz
rzucisz czymś w moją dziewczynę to inaczej pogadamy! – poderwał się
mocno zirytowany Patrick, który następnie przytulił Lunę dodając jej otuchy.
Joe zrobił głupkowatą minę i podszedł do Lexy. Zaczęli
między sobą szeptać na temat wspólnej wyprawy do parku.
-Kiedy idziemy? – spytał, zaczesując dziewczynie
aksamitne włosy za ucho.
-Weź tą rękę – odburknęła zarumieniona. – Nie wiem, możemy
iść teraz.
Joe puścił potwierdzające spojrzenie, po czym objął
ją z całych sił. Mimo palącej się
nienawiści do chłopaka Lexy nie odepchnęła go, wręcz przeciwnie, odwzajemniła
uścisk.
Po
kilkunastu minutach duet był już gotowy do spotkania się z samą śmiercią. Luna
dała im parę ciepłych czarnych bluz i Lexy pożyczyła trampki, bo ciężko by było
uciekać w obcasach. Zegar właśnie wybił drugą w nocy, gdy wysiadł prąd i znów
było słychać wycie, ale to nie zniechęciło ich to wyjścia, wyciągnęli z plecaka
latarki i po cichu wyszli z pokoju Luny. Panele trzeszczały gdy stawiali
kolejne kroki.
-Może powinniśmy sprawdzić co stało się w pokoju rodziców
Luny?- zasugerowała Lexy. – Potem możemy nie mieć okazji.
-W sumie… Kilka minut nas nie zbawi.
Skierowali się na drzwi znajdujące się po lewej stronie
na końcu korytarza. Kiedy znaleźli się przed nimi ostrożnie się im przyglądali.
Były w stanie nienaruszonym. Dziewczyna chwyciła za gałkę koloru złotego i
przekręciła ją wolno. Drzwi otworzyły i weszli do środka. Pokój był pochłonięty
w mroku, okna zasłonięte. Joe zapalił latarkę i poruszał strumieniem światła po
całym pomieszczeniu. Było całe zdemolowane. Poduszki i kołdry roztargane, a ich
pióra porozrzucane po całej powierzchni.
W powietrzu unosił się metaliczny zapach krwi, momentalnie Lexy rzuciła
się w głąb pokoju. Rozglądała się po nim uważnie i znalazła ciała rodziców
Luny, bardziej kawałki ciał. Joe podszedł do niej i skierował latarkę na ścianę
pod oknem. Była umazana krwią jakby coś ciągnęło krwawiące ciało i wyrzuciło
przez okno. Zdawało się to trochę niedorzeczne, ktoś lub bardziej coś wytargało krwawiące ciało i
wyskoczyło z nim przez okno z czwartego
piętra? Chłopak odsunął zasłony z okna i zauważył, że okno jest wybitne, ale na
pewno nie był to kamień. Wyjrzał przez nie w dół i zauważył kałużę krwi i ślady
jakiegoś zwierza prowadzące do parku. Zawołał do siebie Lexy, łzy poleciały jej
z oczu i trzęsła się cała. Już miał ją przytulić gdy odezwała się:
-Patrz! Widzisz? Tu w krzakach coś jest!
-Rzeczywiście coś tam jest, ale co? – spytał zszokowany
Joe.
-Nie mam pojęcia, wynośmy się stąd.
Gdy wychodzili chłopak potknął się o coś i wylądował na
podłodze. Wstał, otrzepując się z wszechobecnego tam pierza i poszukiwał
przedmiotu o którego się przewrócił. Macał ręką chropowate panele,
gdzieniegdzie czuł coś mokrego, pewnie była to krew, gdy nagle znalazł to coś.
-Lexy, podejdź tu i poświeć mi latarką – zawołał cicho.
Dziewczyna posłusznie przyszła i wykonała prośbę. Zaczęła
strasznie krzyczeć. Ów tajemniczy przedmiot był ludzką ręką w połowie zjedzoną.
Joe natychmiast ją odrzucił, ale zauważył, że miała ona na sobie tatuaż na
nadgarstku w kształcie drutu kolczastego. Taki sam miał ojciec Luny. Fakty
mówiły same za siebie.
-Mówimy o tym Lunie? – zapytała zdruzgotana Lexy.
Chłopak nie umiał wyksztusić z siebie ani jednego słowa.
Nie mogli tracić czasu, nie przestawiając myśleć o tej
tragicznej sytuacji wyszli z pokoju. Na szczęście ani Luna, ani Patrick nie
czekali pod drzwiami przez przerażające krzyki Lexy, najwidoczniej nie mieli do
tego głowy albo zbyt bardzo się bali. Kiedy Joe wraz z Lexy wyszli na zewnątrz
poczuli w powietrzu specyficzny odór. Tego zapachu nie można było z niczym
porównać. Był ciężki, a miejscami jakby lekki. Czasami duszący na tyle, że skłoniło
ich to do założenia chust zasłaniając nos i usta. Wodzili wzrokiem po okolicy.
-Nic podejrzanego. – wyszeptał Joe obejmując jednocześnie
dziewczynę.
-Tyle dobrze. Chodźmy dalej. – odpowiedziała.
-Tyle dobrze. Chodźmy dalej. – odpowiedziała.
Szli powoli po głównej ulicy w stronę parku, gdy nagle…

