24 stycznia 2014

Część III

Przedmiot zbliżał się i zbliżał... To chyba kamień! Momentalnie Lexy, Luna, Joe i Patrick odsunęli się, wskakując na łóżko jak najdalej okna. Ale nagle podejrzany przedmiot nie był kamieniem, to tylko odległość zrobiła psika oczom. W stronę okna leciało ludzkie serce, które uderzając w szybę rozprysło krwią po całej jej powierzchni. Kawał mięsa odbił sie od szyby spadając na trawnik przy domku. Roztrzęsieni przyjaciele skulili się razem ze strachu, nikt z nich nie mógł wyksztusić ani słowa. Luna cała się trzęsła, Patrick razem z Joe byli biali jak ściany, tylko Lexy zachowała trochę zimnej krwi mimo, że strach powiększył jej źrenice. Nagle rozległ się potężny grzmot i przerażające wycie, a w rozpryśniętej krwi na oknie pojawiał się napis ''Wkrótce padniecie wy.", który zniknął po chwili. Luna wtuliła się w ramiona Patrick, a łzy spływały jej po policzkach.
- Zginieeemyy! My wszyyscyy zgiinieemyy - wyjąkała ocierając łzy o koszulkę chłopaka. - To wszystko prawda! Leexy ma rację. Uucieekajmu sstąd!
-Nigdzie nie pójdziemy, wtedy będzie jeszcze gorzej. - odparła jasnowłosa dziewczyna.
-To co mamy robić? Siedzieć tutaj wiecznie, a ten "morderca" grasuje po mieście i zabija niewinnych ludzi? - wyksztusił z siebie Joe, który zabrał sie za wycieranie plam z herbaty na podłodze, a Luna rzuciła na niego gniewne spojrzenie
-Luna spokojnie... Joe ma rację. Nie wiem jak wy, ale ja idę do parku. - westchnęła ciężko Lexy.
 -Oszalałaś?! - wykrzyknęli wszyscy, a Patrick dodatkowo przewrócił biały stolik, na którym stały wcześniej kanapki.
Lexy tak jakby tego nie usłyszała opadła na fotel przy oknie pstrykając palcami. Nastało milczenie, które przerwał Joe. Oznajmił, że potowarzyszy Lexy w parku, ale ta informacja resztę niezbyt ucieszyła. Lunie znów popłynęły słone łzy po policzkach. Nie próbowala nawet ich przekonywać na zmianę tej bardzo lekkomyślnej decyzji. Krople deszczu nadal stukały w szybę, a zegar cykał nieustannie. Joe wraz z Patrickiem sprzątali stworzony przez nich bałagan. Lexy wstała i podeszła do starego dębowego kredensu znajdującego się w korytarzu przed pokojem Luny. Zamki zatrzeszczały tak, aż ciarki przeszły po plecach, otworzyła powoli drzwi i wyciągnęła żadnej broni tak jakby mogło się wydawać, lecz stare, odłamane lusterko, które szybko wsunęła do kieszeni.
- Czego tam szukasz Lexy? – spytała zdziwiona Luna, gdy jasnowłosa dziewczyna stała bezczynnie przy otwartym kredensie.
Dziewczyna nie odpowiedziała. Stała nieruchomo przez dłuższy czas, reszta bardzo się zaniepokoiła. Lexy odwróciła się i w tym samym czasie rozległ się kolejny krzyk i hałas tłuczonego szkła, lecz hałas nie dobiegał z zewnątrz, ale w sąsiednim pokoju. Luna wraz z chłopcami gwałtownie odskoczyła w róg pokoju. Szybko zamknęła okno i zatrzasnęła drzwi za Lexy.
- Co to było?! – wykrzyknęli wszyscy nagle.
- Ciii…. – upomniała ich Lexy kładąc palec na swoich bladoróżowych ustach. – Nie wiemy co się stało, nie wiemy co to wywołało… - szepnęła.
-Jak mam być cicho?! Tam są moi rodzice! – wrzasnęła wystraszona Luna ze łzami w oczach. – Coś mogło im się sta-ać!
I rozpłakała się tak donośnie, że Joe rzucił w nią pluszowym misiem leżącym na regale obok niego. Dziewczyna uspokoiła się na chwilę.
-Ei! Głupku, jeszcze raz  rzucisz czymś w moją dziewczynę to inaczej pogadamy! – poderwał się mocno zirytowany Patrick, który następnie przytulił Lunę dodając jej otuchy.
Joe zrobił głupkowatą minę i podszedł do Lexy. Zaczęli między sobą szeptać na temat wspólnej wyprawy do parku.
-Kiedy idziemy? – spytał, zaczesując dziewczynie aksamitne włosy za ucho.
-Weź tą rękę – odburknęła zarumieniona. – Nie wiem, możemy iść teraz.
Joe puścił potwierdzające spojrzenie, po czym objął ją  z całych sił. Mimo palącej się nienawiści do chłopaka Lexy nie odepchnęła go, wręcz przeciwnie, odwzajemniła uścisk.
                Po kilkunastu minutach duet był już gotowy do spotkania się z samą śmiercią. Luna dała im parę ciepłych czarnych bluz i Lexy pożyczyła trampki, bo ciężko by było uciekać w obcasach. Zegar właśnie wybił drugą w nocy, gdy wysiadł prąd i znów było słychać wycie, ale to nie zniechęciło ich to wyjścia, wyciągnęli z plecaka latarki i po cichu wyszli z pokoju Luny. Panele trzeszczały gdy stawiali kolejne kroki.
-Może powinniśmy sprawdzić co stało się w pokoju rodziców Luny?- zasugerowała Lexy. – Potem możemy nie mieć okazji.
-W sumie… Kilka minut nas nie zbawi.
Skierowali się na drzwi znajdujące się po lewej stronie na końcu korytarza. Kiedy znaleźli się przed nimi ostrożnie się im przyglądali. Były w stanie nienaruszonym. Dziewczyna chwyciła za gałkę koloru złotego i przekręciła ją wolno. Drzwi otworzyły i weszli do środka. Pokój był pochłonięty w mroku, okna zasłonięte. Joe zapalił latarkę i poruszał strumieniem światła po całym pomieszczeniu. Było całe zdemolowane. Poduszki i kołdry roztargane, a ich pióra porozrzucane po całej powierzchni.  W powietrzu unosił się metaliczny zapach krwi, momentalnie Lexy rzuciła się w głąb pokoju. Rozglądała się po nim uważnie i znalazła ciała rodziców Luny, bardziej kawałki ciał. Joe podszedł do niej i skierował latarkę na ścianę pod oknem. Była umazana krwią jakby coś ciągnęło krwawiące ciało i wyrzuciło przez okno. Zdawało się to trochę niedorzeczne, ktoś lub  bardziej coś wytargało krwawiące ciało i wyskoczyło  z nim przez okno z czwartego piętra? Chłopak odsunął zasłony z okna i zauważył, że okno jest wybitne, ale na pewno nie był to kamień. Wyjrzał przez nie w dół i zauważył kałużę krwi i ślady jakiegoś zwierza prowadzące do parku. Zawołał do siebie Lexy, łzy poleciały jej z oczu i trzęsła się cała. Już miał ją przytulić gdy odezwała się:
-Patrz! Widzisz? Tu w krzakach coś jest!
-Rzeczywiście coś tam jest, ale co? – spytał zszokowany Joe.
-Nie mam pojęcia, wynośmy się stąd.
Gdy wychodzili chłopak potknął się o coś i wylądował na podłodze. Wstał, otrzepując się z wszechobecnego tam pierza i poszukiwał przedmiotu o którego się przewrócił. Macał ręką chropowate panele, gdzieniegdzie czuł coś mokrego, pewnie była to krew, gdy nagle znalazł to coś.
-Lexy, podejdź tu i poświeć mi latarką – zawołał cicho.
Dziewczyna posłusznie przyszła i wykonała prośbę. Zaczęła strasznie krzyczeć. Ów tajemniczy przedmiot był ludzką ręką w połowie zjedzoną. Joe natychmiast ją odrzucił, ale zauważył, że miała ona na sobie tatuaż na nadgarstku w kształcie drutu kolczastego. Taki sam miał ojciec Luny. Fakty mówiły same za siebie.
-Mówimy o tym Lunie? – zapytała zdruzgotana Lexy.
Chłopak nie umiał wyksztusić z siebie ani jednego słowa.
Nie mogli tracić czasu, nie przestawiając myśleć o tej tragicznej sytuacji wyszli z pokoju. Na szczęście ani Luna, ani Patrick nie czekali pod drzwiami przez przerażające krzyki Lexy, najwidoczniej nie mieli do tego głowy albo zbyt bardzo się bali. Kiedy Joe wraz z Lexy wyszli na zewnątrz poczuli w powietrzu specyficzny odór. Tego zapachu nie można było z niczym porównać. Był ciężki, a miejscami jakby lekki. Czasami duszący na tyle, że skłoniło ich to do założenia chust zasłaniając nos i usta.  Wodzili wzrokiem po okolicy.
-Nic podejrzanego. – wyszeptał Joe obejmując jednocześnie dziewczynę.
-Tyle dobrze. Chodźmy dalej. – odpowiedziała.

Szli powoli po głównej ulicy w stronę parku, gdy nagle…

2 komentarze:

  1. Ciekawa historia, już nie mogę się doczekać co będzie dalej! :)
    Zapraszam do mnie: http://revange-of-the-dead.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo! c; Szczere mówiąc to sama jestem tego ciekawa :p Z chęcią zajrzę. c;

      Usuń